weganka
Tak myślę

Sylwester, fajerwerki i noworoczne postanowienia

Nie świętuję Sylwestra od kilku lat. Nie jest to dla mnie żadna ważna data, po prostu kolejny dzień w kalendarzu, któremu przybywa nowa cyferka – nic więcej.

Ludzie przygotowują się na ten dzień, jak na wielkie wydarzenie. Czyli – jak mówi tytuł – zaczyna się Sylwester, fajerwerki i noworoczne postanowienia. Wszystko na raz, ogromna zabawa i wielkie nadzieje! Mija kolejny rok, który podsumowuje się na różne sposoby – jedni robią listy postanowień noworocznych, inni wyliczają, za co mogą być wdzięczni, co osiągnęli i do czego będą dążyć przez kolejne miesiące. Nie chcę tego negować, bo przecież udowodniono już, że takie daty są z jakiegoś powodu istotne dla ludzi. Nie bez powodu często mówimy sobie od poniedziałku, od pierwszego, czy – jak teraz – od nowego roku. Daty te stanowią pewną granicę, po której przekroczeniu możemy symbolicznie rozpocząć nowy rozdział z uczuciem wielkiej motywacji.

Data ważniejsza od innych

W tej kwestii rodzi się we mnie jednak swego rodzaju cynizm – to tylko dni, przepływający nam przez palce czas, a my wciąż czekamy na kolejne kartki w kalendarzu. Dlaczego jakakolwiek data ma mieć znaczenie większe, niż pozostałe? Dlaczego postanowienie noworoczne miałoby zadziałać, jeśli nie działa postanowienie nowotygodniowe?

Powiecie, że rok to coś więcej, niż tydzień, ale równie dobrze można by to odnieść do dekady, a czas płynie nieubłaganie i za nic ma nasze umowne ramy i próby uchwycenia go w naiwne odtąd – dotąd. Dodatkowo nie można przegapić faktu, że lista postanowień noworocznych często jest dosyć długa, a liczba rzeczy, które chcemy zmienić „od nowego roku” jest na tyle duża, że nie pozwala realnie skupić się na żadnej z nich, przez co niewielu osobom udaje się wytrwać w swoich postanowieniach.

Prawda jest taka, że patrząc ogólnie wszystkie dni są jednakowe i tylko w nas tkwi siła, by to zmienić, a jednocześnie wciąż pracować nad sobą. Nie czekając na weekend, poniedziałek, kolejne święta, urodziny czy nowy rok, bo każdy dzień może być wyjątkowy, a nawet powinien taki być. Na co dzień nie zawsze łatwo znaleźć czas choćby na pomyślenie o tym, gdy pod natłokiem zajęć i obowiązków znika kolejna doba. Mimo to warto nauczyć się tego myślenia, codziennie rano wstać i stwierdzić: oto zaczynam nowy dzień.

Tego nauczyłam się od mojego faceta, któremu dziękuję za poniższy tekst.

(…) Postrzeganie wszystkich dni jako jednakowych, następujących jeden po drugim, zrodziło się we mnie, gdy obserwowałem ludzi, którzy żyją od poniedziałku do piątku w oczekiwaniu na weekend. Już od poniedziałku potrafią mówić: byle do piątku. I tak przychodzi ten weekend. Dwa dni mijają szybko, po których wracają do swojej rutyny oczekiwania. Po jakimś czasie można usłyszeć, jak narzekają, że im pół roku zleciało nie wiadomo gdzie, jakby między palcami.

To oczywiste, że jeśli żyje się z dnia na dzień, a każdy z nich wygląda niemal identycznie, to te dni po jakimś czasie zaczynają zlewać się w jeden nurt i nim się zorientujemy, mija kolejny tydzień, miesiąc, rok, przerywany jedynie długo wyczekiwanymi weekendami lub wieloma innymi datami, choć i one zazwyczaj są do siebie tak paskudnie podobne. Tyle razy ktoś mówi: cholera, dopiero był Sylwester, a już Wielkanoc. To też symbol tych czasów.

My nawet nie mamy czasu myśleć.

Kurwa, nawet oddechu złapać. I tak całe lata potrafią minąć, przelecieć i nigdy nie wrócić, a nim się człowiek spostrzeże, o ile w ogóle, że mu życie gdzieś uleciało, okazuje się, że już sześćdziesiątka na karku, można jeszcze czekać na emeryturę, ale już zmęczenie dopada i nie bardzo się cokolwiek chce.

Stąd też nie należy wyróżniać żadnych dni. Ja nie obchodzę urodzin, imienin, świąt. Nie wierzę w te durne formy rocznic wszelkiej maści, jakie dzisiaj się serwuje. Ot, całkiem przeciętny sposób na obdarowanie się kolejnym nazbyt wyszukanym szajsem, albo napierdolenie się na cacy. Albo jedno i drugie. To choroby, które ignoruję.

Przez to nauczyłem się każdy kolejny dzień przyjmować jak nowe wydarzenie, które zadziało się we wszechświecie. Tylko dopisuję jedną cyferkę do swojego własnego kalendarza. Dziś jest dla przykładu mój 10848 dzień życia. I już ja sobie wymyślę, w jaki sposób uczynię go wyjątkowym, choćby na swój mały sposób. Aby wyróżniał się od poprzedniego, ale jeszcze nie doganiał następnego. Abym był osadzony w aktualnym czasie, w tej chwili właśnie, tu i teraz. Wtedy naprawdę każdy, nawet ten paskudny czas, na swój sposób jest wyjątkowy. A przecież to wszystko i tak tylko w głowie siedzi.

Tak w skrócie wygląda mój plan na pokonanie przepływającego między palcami czasu i osadzenie go mocno w sobie. Tam gdzie trzeba. Tu na miejscu.

Wracając do jutrzejszego świętowania: mogłabym napisać, że ten dzień jest mi całkowicie obojętny, gdyby nie fajerwerki, które zaczynają wybuchać już na kilka dni przed Sylwestrem.

I z czego tu się cieszyć…

Wczoraj wieczorem wychodząc z domu stanęłam przed wielkim psem w typie owczarka. Nie widziałam nikogo wokół, żadnej osoby, którą mogłabym uznać za właściciela. Tak duży pies budzi pewien niepokój, jednak on w ogóle nie był mną zainteresowany – cały czas oglądał się za siebie i obserwował otoczenie. Z pewną obawą postanowiłam podejść do psa, a wtedy zobaczyłam obrożę, przy której wisiał sznurek, wyglądający na pozostałość po smyczy automatycznej. Pies wyglądał na wystraszonego i zagubionego, dlatego chciałam go złapać – miał kaganiec i mógł mnie najwyżej pobrudzić lub podrapać. Zupełnie mnie zignorował, jakby w ogóle nie zauważał, że go trzymam. Chciałam podprowadzić go do klatki schodowej, w świetle sprawdzić obrożę, znaleźć adresówkę, ewentualnie zadzwonić do schroniska. W tym momencie gdzieś daleko wybuchła kolejna petarda, a on wyrwał mi się i pobiegł przed siebie. Nie udało mi się go już znaleźć.

Teraz siedzę i myślę o psie, który biega gdzieś po tym cholernym mieście z podkulonym ogonem, w czasie, gdy kolejni idioci wydają pieniądze, by z nudów narobić przerażającego hałasu i popatrzeć na światełka. Ogarnia mnie bezsilność, gdy pomyślę, ile jeszcze zwierząt przeżyje tak traumatyczne chwile. Zgubią dom i być może nie odnajdą go już nigdy, a o tych, które wariują ze strachu w domu nawet nie ma sensu wspominać. Tak więc mogę powiedzieć bez zająknięcia: w dupie mam Sylwestra.

Z tej okazji nie życzę Wam absolutnie niczego – życzcie sobie sami, codziennie, a potem trzymajcie się tego z całych sił.