Tak myślę

Jeszcze wracam.

Zawsze jest czas, żeby odejść. Ja mam te swoje czasy, powtarzalne etapy, które wyłapuję w ciągu roku. Nieświadomie oddalam się, znikam na amen, krążę gdzieś bliżej siebie – całkiem szcześliwie, choć zupełnie w środku, chłonę otoczenie radośnie pozamykana na dalszy świat. Niezmiennie żyję w granicach swojego mieszkania, które latem ożywa, bucha zielenią i swobodą, co jest nie do opisania dla kogoś, kto tu nie był. Potem jest czas, żeby wrócić. Jak co roku wracam na jesień – świat jeszcze nie zdążył zżółknąć, sczerwienieć, ani zbrązowieć, więc gdzie tu mówić o szarościach.

Niezmiennie wychodzę z psami na spacer, jeszcze wieczorami, nim dzień zmusi nas do ponownego przestawiania się na jaśniejszy poranek. Niezmiennie zachwycam się niebem, tak pospolicie codziennie innym, upaćkanym chmurami malowanymi ciepłym światłem. Wciąż jeszcze chwytam się ostatków lata, ręką grzebię gdzieś za plecami, gdy przede mną coraz grubszą ścianą staje chłód. Jak co roku zaczyna od niewinnego muskania skóry, od delikatnych, żartobliwych szczypnięć, już szepce do ucha małe świństewka. Skórę mam osłabioną i nieco przeschłą, w kolorze wakacji, więc zapobiegawczo chowam do szafy dwie kolorowe sukienki. Coraz częściej chodzę w znoszonej szarej bluzie, która po kilku praniach wciąż wspomina sierpniowe ognisko. Potem siadam w pokoju, posilam się wszechobecną zielenią z doniczek, mniej efektowną, nieco już zamarłą w przygotowaniach na nadchodzący okres spoczynku. Siedzę i czuję, jak ogarnia mnie fizyczna niemoc, ciało nieco odrętwiałe przekazuje energię do środka, upodabniając się do drzewa szeleszczącego liściem w okno, w ciepłych kolorach zapowiadających sen. Jeszcze jedno spojrzenie na gałęzie, jeszcze jedno niebo upstrzone kończącym się latem w tle… Nie, to nie o to chodzi. To myśli, to znowu myśli zaczynają jesienne obijanie się po głowie, znowu łapie mnie emocjonalna czkawka, odbijająca się echem gdzieś dalej. Znowu jestem tutaj, nadaję im kształt, nadaję im wyraz, słowo po słowie z satysfakcją odczuwania wylepiam figurę ze środka.

To nie to, że nie lubię jesieni. Lato mnie obezwładnia, spowija głowę narkotycznymi zapachami beztroski, odurza ciało dla lżejszego bycia. Z pierwszym sygnałem jesieni zaczynam się budzić – budzę się do siebie, do świadomego istnienia, do świata, który na odwyku traci kolory z każdym jednym upuszczonym przez drzewo liściem. Znowu wiem, że jestem, że czuję, że żyję jako jednostka, tu jestem ja, a nie element letniego stanu skupienia w formie gazowej. Lubię ten stan, lubię utopić się w sobie, w wieczornym ciele zawiniętym w koc pleciony myślami. Jeszcze bliżej siebie, którą z chirurgiczną dokładnością rozkrawam, analizuję i łączę w wątki, a potem na powrót się zszywam, taką bliższą, cieplejszą, znowu stoję stopami na ziemi, którą wreszcie czuję. Tak bardzo lubię się czuć. Siebie. I jestem.

Tylko oczy łypiące z lustra
mniej mają blasku,
czarne źrenice nieco straszą.
A może to tylko ta prawa żarówka,
co już wczesną jesienią postanowiła spłonąć.