Tak myślę

Jestem człowiekiem zagubionym

czuję się zagubiona

Życie w internecie wygląda na bardzo kolorowe. Publikuję pozytywne treści, jednak jak każdy miewam złe dni i chwile słabości. Często też czuję się zagubiona, nie mogę odnaleźć sobie miejsca, ale przecież o tym się głośno nie mówi. Czy na pewno?

Cały czas rozwijam się, uczę, zdobywam nowe informacje, kształtuję swoje poglądy i czuję, że coraz bliżej mi do siebie. Daleko nie szukając – wynikiem tego jest weganizm i minimalizm. Te pojęcia pojawiły się w moim życiu i przedefiniowały rządzące nim zasady w niemałym stopniu. Blog założyłam z myślą o tym, że może uda mi się dołożyć cegiełkę do promocji weganizmu. Z czasem powstało też kilka wpisów o minimalizmie, moich poglądach i przemyśleniach. Wielką radość sprawił mi pierwszy komentarz, w którym przeczytałam, że zainspirowałam kogoś do zmian. Przecież właśnie po to piszę – by puścić w świat tę energię, która pozwala mi odkrywać siebie i zmieniać się na lepsze. Piszę właśnie dla Ciebie, bo „kimkolwiek jesteś, życzę Ci dobrze”. Piszę o tym, co dobre, motywujące i zachęcające, przynajmniej w moim odczuciu. To wszystko wygląda bardzo kolorowo i obiecująco, lecz teraz myślę, że może sprawiać mylne wrażenie niezmąconego optymizmu i gotowości do działania, jednak każdy kij ma dwa końce, a ja sama nie znam osoby, która z każdym dniem prze odważnie do przodu, nie dając sobie chwili na słabości, wątpliwości i zwykły, ludzki, gorszy dzień. Ja zdecydowanie nie jestem taką osobą. Prawda jest taka, że choć wciąż chcę iść dalej z coraz większym zaufaniem do siebie, to często czuję się zagubiona.

Owszem, uczę się cierpliwości, mam w sobie coraz więcej spokoju i wiem, że na wszystko trzeba dać sobie czas. Zdarzają się jednak dni, gdy myślę o swoim życiu,  o tym co robię i kim jestem, patrzę na swoje sprawy z wielu stron, próbując je zrozumieć i połączyć w całość, a wtedy, w dosyć depresyjnym nastroju, dochodzę do wniosku, że to po prostu nasz świat nie łączy się w całość. Nasz świat to coraz częściej brak empatii, brak współczucia, brak zrozumienia i deptanie słabszych, by po ich głowach dostać się na szczyt. Nasz świat to goniące się absurdy, kult pieniądza, władzy i pustego piękna. Z takimi wnioskami niewygodnie robi mi się na tym świecie i niewygodnie w swojej skórze, ciasno w głowie, w której tym bardziej brakuje wówczas miejsca na optymizm i chęć do działania.

Takie dni najczęściej mam wtedy, gdy za długo jestem na uczelni, gdy próbuje zachowywać się mniej aspołecznie, włączać do rozmowy z koleżankami, albo wtedy, gdy zapomnę słuchawek i usłyszę za dużo rozmów pobocznych.

Siedzę z dziewczynami, robimy projekty grupowe, a temu zawsze towarzyszą gorące ploteczki. Tamci się zaręczyli, a inni rozstali i dobrze im tak, nie pasowali do siebie. Ona ścięła włosy, kompletnie jej nie do twarzy, do tego ubiera się zupełnie bez gustu. Jedna przytyła, druga schudła, obie wyglądają źle. Można tak bez końca, bo nie ma rzeczy, której nie da się skrytykować, by czyjąś domniemaną porażką przykryć własne braki. W takich momentach wychodzi mój konformizm, bo zdarza mi się włączyć do rozmowy, by za mocno nie odstawać, by nie być tą inną, tą dziwną i wiecznie milczącą. Włączam się do rozmowy, a potem pluję sobie w brodę, bo skomentowałam coś, co nie powinno mnie obchodzić i nie ma na mnie żadnego wpływu. I wkurwiam się na siebie, bo nagle stoję między nimi a sobą. Zupełnie obok siebie, a te słowa chyba nie były moje. To płytkie, krzywdzące komentarze osób nadrabiających własne kompleksy i porażki cudzym kosztem.

Z dystansem podchodzę do rozmów postronnych, gdy znajomi siedzący na ławce obok głośno rozprawiają o swoich niemal koleżeńskich relacjach z profesorem, oczywiście po ważnej konferencji, w której brali udział, a wszyscy muszą o tym usłyszeć – niby przypadkiem, ale trzeba mówić głośno, żeby gorsi, mniej zaangażowani studenci usłyszeli. Wielkie ambicje, ważne persony i ciągłe gonienie za wynikami, które mają zapewnić ciepłą, dobrze płatną posadkę. Ogarnia mnie brak czucia, bo nie jestem w stanie pojąć tego świata. Co ja robię w tym miejscu? Próbuję łapać dystans, przecież to nie moja sprawa, tylko ich cele i marzenia. Ale po co mówić tak głośno, skąd w ludziach tyle hałasu, gdy w rozmowie uczestniczą trzy osoby? Dystans, dystans, mnie to nie dotyczy. Co ci ludzie mają w głowie, oprócz wyuczonych wzorów i manifestowanej satysfakcji z oddania projektu miesiąc przed terminem? Czy to naprawdę jest sposób na dowartościowanie się?

Ja milczę, choć chce mi się krzyczeć, krzyczeć do jednych i drugich, krzyczeć na cały świat, by wreszcie otworzyli oczy i spojrzeli nieco dalej i głębiej, zamiast trwać w utartych, bezmyślnych schematach, w których każdy chce być lepszy od osoby obok, choć wszyscy są tacy sami, nie podnoszący wzroku ponad czubek własnego nosa. Czyżby w tym świecie nie było ważniejszych spraw? Choć nie, nie wiem, nie powinnam osądzać i naprawdę staram się tego nie robić. Bo może o czymś myślą, może czują jak ja, a może inaczej, ale czują. Może nie mają siły, by walczyć, więc wolą po prostu gdzieś przynależeć. Może też chcą od życia czegoś więcej, coś zmienić w tym podłym świecie. Nie dowiem się tego, bo jest za głośno. Gęby się nie zamykają, lecz nikt się nie otwiera, wszyscy krzyczą, a nikt nie mówi, bo i nie ma komu słuchać. Ja tylko nie mogę już tego znieść, wolę po cichu się wycofać, nie uczestniczyć w takim życiu. W taki sposób zapracowałam sobie na opinię osoby nieprzystępnej i nieprzyjemnej w kontaktach, bo ludzie już nie potrafią ze sobą milczeć, milczenie wyzwala w nich negatywne odczucia. A ja nie chcę już klepać tych bzdur, jestem spragniona kontaktu z człowiekiem. Z tej wielkiej, jednolitej grupy wyłuskać prawdziwego człowieka, obdartego z pozorów i gier aż do najszczerszej myśli, którą uwolnić można w dyskusji, ale i w ciepłym milczeniu.

Chcę porozmawiać. Bo ja też kiedyś miałam ambicje i liczyłam na wielki sukces. Rodzice po studiach, dobrze szło mi w szkole, więc poszłam na dobrą uczelnię, techniczną rzecz jasna, bo w zawodach z tej branży można liczyć na lepsze zarobki. Przecież byłam najlepsza z matmy, to chyba wystarczający powód? Dziś nie umiem odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo nie wiem, gdzie indziej mogłabym być. Może spotykając innych ludzi, przebywając w innych miejscach, chłonąc inne bodźce, byłabym zupełnie inną osobą? Mimo wszystko nadal nie wiem, co robię akurat tutaj, między tymi ludźmi. Między podłymi plotkami, a wyścigiem szczurów. Jednocześnie wiem, że już niedługo, że został mi tylko rok, nawet niecały, a wtedy zostanę Panią Magister Inżynier. Kiedyś to brzmiało tak dumnie… Ale wytrzymam, skończę studia, które sama wybrałam, bo naprawdę niewiele mam tu zmartwień. To tylko kolejny kryzys, dopiero czwarty w ciągu ostatnich dwóch lat, gdy nerwowo obmyślam, które zajęcia są obowiązkowe, a które mogę opuścić, bo tak bardzo nie chcę tam być. Na koniec wystarczy zrobić projekty, więc zdam i będzie po wszystkim, jeszcze tylko rok. A po roku… co dalej? Pójdę do pracy. Gdziekolwiek, byle przerzucać papierki, byle tylko płacili, byle tylko się utrzymać. Byle wytrzymać 8 godzin przy biurku. Taki świat naprawdę mi się nie zgadza.

Po pracy będę miała czas dla siebie. Zostaną mi 2/3 doby na sen i bycie sobą. Czas i pieniądze, by robić to, co lubię, co mnie interesuje i inspiruje. Będę miała czas, by się rozwijać. Czas w moich czterech ścianach, gdzie nie zapraszam ludzi. Nie będą mi gadać nad głową o tych głupotach, bo nie umiemy znaleźć tematów wspólnych. Jestem tak bardzo zmęczona udawanymi rozmowami w dusznych tramwajach… Po pracy prosto do domu, gdzie zmyję makijaż, założę dresy i w końcu porozmawiam z człowiekiem, który czuje jak ja, albo pomilczymy sobie, wtulając głowy w siebie i w psa.

Kiedyś miałam ambicje. Dziś już ich nie mam. Nie chcę posadki dyrektora, nie chcę zarabiać 10 tysięcy miesięcznie, wypruwając sobie flaki po godzinach, by wyrobić się z terminem realizacji zamówienia czy projektu. Nie chcę, by celem mojego życia była kariera, dążenie do awansu, coraz wyższe zarobki i wydawanie pieniędzy w centrach handlowych albo na ekskluzywnych wakacjach. To świat rządzony kapitalizmem wpaja nam takie wzorce. Eksploatuje ludzi do granic, nie pozostawiając nawet skrawka miejsca na bycie człowiekiem. Prawda jest taka, że w tej chwili moja ambicja sięga nie dalej, niż do prostej, nawet niewymagającej studiów pracy, choćby fizycznej. Byle z dala od ludzi, byle w ciszy. I wiem już na pewno, że byłabym szczęśliwsza sprzątając psie gówna w schronisku, niż parząc kawkę w firmie na najwyższym piętrze wieżowca w centrum miasta, gdyby tylko umożliwiało mi to utrzymanie się.

Moje gorsze dni sprawiają, że wszystko mnie przytłacza i chcę stąd uciec. Nie radzę sobie ze światem takim, jaki jest. Ale gdy wszystko się we mnie uspokaja, po prostu zbieram siebie w całość i zaczynam znowu działać. Chcę coś zrobić, coś zmienić, coś przekazać. Czuję też wdzięczność, bo w chwili słabości zbliżyłam się do siebie i jestem o krok bliżej do odkrycia własnej drogi. A na razie trwam w zastanej rzeczywistości, wracam na studia, wracam do przekonania, że mimo wszystko będę szukała dobrze płatnej pracy, bo marzenie o domku na wsi nie zrealizuje się samo. Jeśli szczęście dopisze, to może będę pracowała w domu. Mając świadomość własnych słabości i raczej kiepskiego przystosowania do życia społecznego, po prostu działam. Pierwsze przykazanie: działanie.

%d bloggers like this: